HIV

Może to głupie,

ale na szczęście mam HIV,

a nie raka.

Wiele osób zastanawia się, kiedy jest dobry czas, aby rozpocząć swoje życie na nowo. Niejednokrotnie bywa, że kolejny rozdział pisze samo przeznaczenie i pomimo wielu chęci i starań, na niewiele rzeczy mamy wpływ. Tabula rasa – myślę, że każdy choć raz pragnął tego stanu – klikasz „reset” i zaczynasz od początku, ale w rzeczywistości jest to niemożliwe.

Maria

Ekspertka przez Doświadczenie (HIV)

Ambasadorka kobiet żyjących z HIV

/ Fundacja NADOBRZE

Przecież nie jesteśmy maszynami, którym można wgrać lub usunąć oprogramowanie, modelować dowolnie pamięć czy przywrócić do ustawień fabrycznych. Nie wszystko da się naprawić, można próbować, ale czy przeglądałeś się kiedyś w rozbitym lustrze, które ktoś nieudolnie posklejał? Przeznaczenie również dla mnie zaczęło pisać nowy rozdział, a przynajmniej tak mi się zdawało, bo faktyczny „Nowy Początek” uderzył znienacka, kiedy już tworzyłam swoją kartę życia.

Z dużą pewnością rok 2011 był swoistym przełomem. To był zły rok, bardzo bolesny i pełen niesprawiedliwości. Wiodłam względnie spokojne życie: mąż, dwójka dzieci – moje skarby, duma i radość, ale ludzkie perypetie można zdefiniować dokładnie tak samo, jak fenomen burzy – zjawisko szybkie, nagłe i gwałtowne… a co gorsza, pozostawia częstokroć wiele szkód. Z perspektywy czasu odnoszę wrażenie, że każdy cierń, który wbijał się w moje stopy, gdy kroczyłam przez ścieżkę własnej doczesności, pozwolił mi na wytworzenie pewnego rodzaju pancerza – może nie doskonałego, ale wciąż dostatecznie twardego, bym po każdym upadku rosła w siłę.

W literaturze średniowiecza jednym z popularnych motywów był Danse Macabre, który traktuje o tym, że śmierć jest wszechobecna i dotyczy każdego człowieka, bez względu na jego majętność, pochodzenie czy status społeczny. Ten właśnie wątek zagościł w moim życiu już we wczesnej młodości, lecz wtedy jeszcze nie wiedziałam, że chyba muszę się z nim zaprzyjaźnić, bo nie opuści mnie przed długi czas.

C

Miałam 16 lat, gdy się w Nim zakochałam. Mówi się, że pierwsza miłość jest najsilniejsza, najpiękniejsza i pozostawia zawsze wiele dobrych wspomnień. W małej mieścinie, w której się wychowałam może nie roiło się od amantów, ale ja swojego znalazłam, wpadłam po uszy, byłam w siódmym niebie. Dał mi jeden z najwspanialszych podarków – moją córkę. W około dwa lata później popełnił samobójstwo, pozostawiając po sobie żal, smutek i tęsknotę; to był ten pierwszy raz, gdy poczułam, jakbym dostała czymś ciężkim w głowę. To była ta pierwsza zadra w sercu, która zaczęła je powoli rozdzierać. Wtedy nie wiedziałam, co mnie czeka – w sumie mało mnie to interesowało. Byłam w ciąży, kochałam to dziecko; kochałam również ojca mojej córki, którego już nie było. Ja musiałam trwać – właśnie dla niej. Kasandra zapewniła mojemu życiu równowagę, pomogła mi wrócić do rzeczywistości, wypełniła pustkę po Jego odejściu, była absorbująca do granic możliwości i chociaż musiałyśmy zmierzyć się z tym światem w duecie, to kiełkowała we mnie pewność, że podołamy temu zadaniu.

Myślę, że mam szczęście do ludzi, którzy pojawiają się w odpowiednich momentach, będąc jak światełko w tunelu, które rozprasza mrok, i pomimo że nie pozostają ze mną na zawsze, doskonale spełniają swoją powinność w konkretnym czasie i miejscu. Z Kasandrą dzielnie stawiałyśmy czoła niepewnej przyszłości do chwili, w której przy moim boku pojawił się kompan, pewnego rodzaju opiekun i choć jego obecność była przelotna, to w tamtym punkcie życia niezbędna. Wypełnił swoje zadanie, towarzysząc mi w tych trudnych miesiącach po stracie ojca mojej córki. Darzyłam go uczuciem i wdzięcznością za okres, w którym dał mi namiastkę ogniska domowego. W końcu się ulotnił, ale ja byłam na tyle silna, by dalej kroczyć swoją drogą. Istotnym jest również, że ponownie rósł we mnie piękny kwiat – moje drugie dziecko – Aleksander.

A jak to jest z prawdziwą miłością? Czy jest ona mierzalna? Mówi się, że to uczucie to zwykła reakcja chemiczna, której długość szacuje się na około cztery czy pięć lat. Co by nie było, ja wciąż czekałam na tego jedynego. Do trzech razy sztuka powiadają, ale przecież nie jesteśmy bohaterami baśni. Nie ma co liczyć na księcia na białym rumaku, dystyngowany bal i happy end. Znalazłam się na rozstaju dróg. Pora stanąć twarzą w twarz z faktami: dojrzała kobieta, całkiem spory bagaż doświadczeń, dwójka cudownych dzieci, no i co dalej? Kto by to planował? Życie samo zweryfikuje.

C

Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że moim przyszłym mężem będzie jeden z członków naszej paczki. Czasami zdarza się tak, że los podaje nam na tacy to, czego oczekujemy, ale my żyjemy we własnym świecie, zapewniając samych siebie, że wiemy lepiej i że mamy wpływ na kreowanie przyszłości. Łukasza znałam od lat, ale w tamtejszej rzeczywistości grał rolę dobrego kumpla. Wiedział o mnie niemalże wszystko. Widział moje wzloty i upadki, niejednokrotnie był przy mnie, gdy potrzebowałam wsparcia, ale zawsze w charakterze przyjaciela. I nagle po takim czasie – objawienie – zostałam trafiona strzałą Amora. Do trzech razy sztuka? Chyba ktoś miał rację.

Nieraz zastanawiałam się czy wejście w relacje z Łukaszem pozwoliło mi odgonić fatum krążące od lat nad moją głową, czy jednak był to moment, w którym otworzyłam puszkę Pandory. Tak czy inaczej złapałam balans, stan równowagi. Dwoje ludzi mających za sobą bardzo bujną przeszłość wkracza w zupełnie inny świat, w którym panuje ład i porządek. Pojawiają się nowe priorytety, a prym wiedzie doczesność. Jedyne, co nas wtedy trapiło to, żeby starczyło do pierwszego, żebyśmy dobrze wychowali dzieci i tak po prostu byli szczęśliwi. W sumie nie różniliśmy się od zwykłych zjadaczy chleba. Osiągnęłam status quo. Z wielką chęcią zakończyłabym historię w tym punkcie – dość miałam perturbacji, niepowodzeń i bólu, ale to tylko moje pobożne życzenie, zwykła ułuda.

C

Wróćmy zatem do początku. Tam, gdzie pisałam o całej tej beznadziei, która wydarzyła się w roku 2011. Myślę, że trafnie przyrównałam wówczas nieprzewidywalność ludzkiego życia do gwałtowności burzy, której siła potrafi zniszczyć wszystko to, co wydaje się być stabilne i nieugięte. Tak było też w moim przypadku. Zły omen zaglądał już przez okno, a Kostucha znów pukała do drzwi; constans nie potrwał długo.

Na samo wspomnienie wyrazu jego twarzy, czuję się nieswojo. Doskonale pamiętam ten dzień. Nic nie zapowiadało nadchodzącego tornada. Leżeliśmy z Łukaszem na kanapie: wciąż jeszcze młodzi i w końcu szczęśliwi, a co ważniejsze – mieliśmy siebie. To, co wydarzyło się chwilę później […] Próbowałam go reanimować, jednocześnie wzywając karetkę – przyjechała – potem szpital, mijają godziny, obrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie – jest rok 2011.

To ten feralny rok, w którym odszedł mój mąż, ja nie nacieszyłam się nim, on nie nacieszył się mną – wylew był silniejszy; zostały jednak moje dzieci, mój ojciec. Pomimo krwawiącego serca, powodów do życia znalazłam całkiem sporo. Leniwie mijały kolejne miesiące, wciąż byłam rozdarta, ale powoli zaczęłam godzić się z losem, z tym co mnie spotkało, ze śmiercią Łukasza. Czas wcale nie leczy ran, one nie znikają (to jest tak samo jak z pękniętym lustrem). Czas pozwala nam się do nich przyzwyczaić, do tego całego bólu, niejako z nim oswoić.

C

W marcu 2014 roku wypadają moje urodziny, okrągłą czterdziestka – może to jest odpowiedni czas na nowy rozdział, który zacznę pisać? W idealnym świecie prawdopodobnie ten plan by wypalił, jednakże nie żyjemy w utopii, więc życie samo mi wskazuje, kiedy i w jakim sposób rozpocznę kolejny etap…

Jest listopad roku 2013, w którym pozornie zaczyna się układać – zarówno w mojej głowie, jak i w szarej materialnej rzeczywistości. Mieszkam w mieście, które zdecydowanie nie jest metropolią dającą szereg możliwości; poszukiwania stałej pracy są tak samo skuteczne, jak wtaczanie przez Syzyfa głazu po stromym wzniesieniu. Mnie się jednak udaje – dostaję posadę w zakładzie produkcyjnym. Może i nie jest to spełnienie marzeń, ale bądźmy realistami – jest robota. Co więcej, płacą całkiem dobrze i można mieć po okresie próbnym umowę na stałe. Na obecne realia, to już jest coś. Cieszę się, że mam pracę, ale jednocześnie martwię się, żeby przejść okres próbny – dobrze wypaść, a przede wszystkim nie zachorować; chyba najgorsze jest pójść na L4, gdy dopiero co cię zatrudniono, dlatego pozostaję w pełnej gotowości i obiecuję sobie, że dam radę… niestety okres jesienno-zimowy za pasem, co wiąże się ze wzmożoną ilością infekcji; mnie one również nie ominęły.

To, co działo się dalej było prawdziwą karuzelą niefartu. Mogę to porównać do obrazka dzieci bawiących się w śniegu na szczycie górki, które zrzucają z owego wzniesienia małą śnieżkę. Zmrożona kulka staje się coraz większa, coraz cięższa, a przede wszystkim coraz szybsza – zaczyna pędzić i dochodzi do momentu, w którym staje się niebezpieczna.

C

Pracuję w systemie 4-zmianowym – każdy, kto tak pracował wie, że nawet dla twardziela jest to uciążliwe; poza tym nie trzeba być geniuszem, by mieć świadomość, jakie konsekwencje niesie za sobą rozregulowanie zegara biologicznego. Pojawia się przeziębienie – „nie poddam się, to tylko infekcja, przeszłam śmierć męża, to było trudne, dam radę” – powtarzam sobie jak mantrę. Wrzucam w siebie medykamenty z nadzieją, że uciążliwy suchy kaszel minie, że postawią mnie one na nogi. Do tego wszystkiego dochodzi gorączka, ja jednak wciąż nie wyciągam białej flagi, biorę leki i idę do pracy.

Po tygodniu utrzymującej się temperatury 39 stopni postanawiam zdezerterować. Trafiam na SOR miejscowego szpitala i spędzam noc na Oddziale Wewnętrznym. Nie zdaję sobie sprawy, że machina właśnie ruszyła, że ktoś pchnął pierwszy klocek domina, i że to dopiero początek tego koszmaru. Następnego dnia przerzucono mnie na Oddział Pulmonologiczny, gdzie dostałam rozpoznanie: zapalenie płuc i zmiany śródmiąższowe. Ponadto okazało się, że mam tam jakiś naciek. Spędziłam w tym miejscu dwa tygodnie, po czym dostałam skierowanie na konsultację do Chirurga Klatki Piersiowej.

Cóż, z założenia konsultacja lekarska to wywiad środowiskowy, omówienie problemu, potencjalne zagrożenia i leczenie. Idę tam – po lepsze jutro, po nową nadzieję. Dowiem się jak rozwiążemy moją przypadłość i wrócę do domu ze świeżą energią. Nie wróciłam już do domu… Duszności nie ustępowały, ból w klatce piersiowej rozrywał mi pęcherzyki płucne, ledwie oddychałam. Nie mogli mnie puścić – zostałam. Standardowo zlecono badania, a potem kolejne i kolejne. Lekarze rozkładali ręce ze względu na niejednoznaczności w wynikach, a ja nie mogłam nic zrobić, nawet gdybym chciała, nie miałam sił. W trakcie całego tego zamieszania, nie opuszczał mnie obsesyjny strach przed tym, co się wydarzy. Mój ojciec chorował na nowotwór płuc, tę walkę niestety powoli przegrywał.

C

Po śmierci męża jedynym tchnieniem była moja rodzina. Uwiązana w małej miejscowości nie dbałam o to, że mieszkam w dziurze zabitej dechami, w której życie jest nudne i szare, a ludzie wiedzą o tobie więcej niż ty sam. Skupiałam się na bliskich. Moje dzieci zaczynały wchodzić w dorosłość i miały swój świat; nie zapominały jednak o mnie i wartości jaką jest dom. Kasandra, Aleksander, mój ojciec i ja tworzyliśmy naprawdę zgraną ekipę. Nie wszystko szło jak z płatka, ale ten wóz ciągnęliśmy razem dopóty, dopóki tata nie zaczął podupadać na zdrowiu. Poczułam się w obowiązku przejąć rolę głowy rodziny. Ojciec zawsze był uparty, a może to po prostu dominanta ludzi starszych? Tak czy inaczej, zaciągnęłam go siłą do szpitala – szybko okazało się, że to nowotwór złośliwy. Cholernie się bałam, ale nie mogłam tego okazywać. Trafiliśmy na świetnego lekarza.

Panie Władysławie, co to takiego? Pan nie da rady? Tylu ludzi z tego wychodzi to i Pan wyjdzie – w ustach pani doktor brzmiało to naprawdę szczerze. – Od razu wdrożymy leczenie, będzie potrzebna chemia, która nie jest przyjemna, no ale przecież każdy to wie. Wygląda mi Pan jednak na niezłego zawadiakę i wiem, że się uda – kobieta dodawała nam obojgu otuchy.

Widzisz tato, przejdziemy przez to razem i wygramy walkę z rakiem – miałam nadzieję, że brzmię tak samo przekonująco, jak lekarka.

Poza tą rozmową w tercecie, spotkałam się z panią doktor już prywatnie, wtedy usłyszałam: „Pani Mario, szanse są nikłe, ale spróbujemy coś zdziałać”. Nie miałam serca mu tego powiedzieć, więc brnęłam w tę lawinę kłamstw. Podobno istnieje coś takiego, jak kłamstwo dla dobra sprawy, a poza tym wiara czyni cuda, czyż nie? Senior był posłuszny jak nigdy wcześniej, woziłam go na chemię, w domu zaś naprzemiennie opiekowałam się nim wraz z synem. Kasandra była już na studiach w innym mieście. Leczenie nie pomagało, ojciec gasł z dnia na dzień do momentu, w którym role się odwróciły: ja zachorowałam, a on był znów głową rodziny. Musiał zająć się Aleksandrem, dwoma psami i domem – myślę, że to go trzymało przy życiu.

C

Pozostały trzy dni do Bożego Narodzenia. Czułam się okropnie, nie tylko fizycznie. Tak bardzo pragnęłam być w tym momencie z moimi dziećmi, z moim ojcem. W głowie wirowało tysiąc myśli; bałam się, że nowotwór pokona mnie szybciej niż tatę, tak bardzo chciałam żyć. Tak bardzo pragnęłam być wśród bliskich – świadomość, że to mogłyby być nasze ostatnie wspólne święta, rozbijała mnie na kawałki. Co moje dzieci beze mnie zrobią? Straciły ojca – stosunkowo niedawno – mają stracić też mnie? Nie mogę ich tak zostawić. CHCĘ ŻYĆ.

C

Pozostały trzy dni do Bożego Narodzenia. Czułam się okropnie, nie tylko fizycznie. Tak bardzo pragnęłam być w tym momencie z moimi dziećmi, z moim ojcem. W głowie wirowało tysiąc myśli; bałam się, że nowotwór pokona mnie szybciej niż tatę, tak bardzo chciałam żyć. Tak bardzo pragnęłam być wśród bliskich – świadomość, że to mogłyby być nasze ostatnie wspólne święta, rozbijała mnie na kawałki. Co moje dzieci beze mnie zrobią? Straciły ojca – stosunkowo niedawno – mają stracić też mnie? Nie mogę ich tak zostawić. CHCĘ ŻYĆ.

Jest źle. Nie. Jest tragicznie. Na duchu podtrzymuje mnie rodzina męża. No i są jeszcze jego przyjaciele. No właśnie… jego przyjaciele […].

Powinnaś wykonać testy na HIV – rzucił jeden.

Mój mąż nie miał HIV… to znaczy… nigdy się nie badał, ale to nie jest możliwe – wiedziałam, że w latach młodzieńczych paczka znajomych mojego męża miała epizod z narkotykami. Trwało to jakiś czas, ale nie miałam obaw, że Łukasz coś załapał. Skończył z „dawaniem sobie w żyłę” dużo wcześniej niż reszta – ogarnął się, bo przecież miał rodzinę.

Poproś w szpitalu, żeby wykonali ci testy na HIV – mężczyzna nie dawał za wygraną.

To już przeszłość, on nie miał HIV – wiedziałam dobrze, że nigdy się nie zbadał, bał się… Czego? Konsekwencji, wstydu, wyniku? Miałam świadomość, że kilkoro z paczki jest zakażonych, ale w głowie brzmiało hasło: „mnie to nie dotyczy”.

Słuchaj! Poproś o testy, przecież HIV to nie rak, można to leczyć i żyć. Spójrz! My żyjemy – dłużej nie trzeba było mnie przekonywać. Jak to mawiają: tonący brzytwy się chwyta. Poprosiłam o wykonanie tych testów.

24 grudnia 2013 roku – Święta spędzone w szpitalu. Wiem, że powinnam być teraz z rodziną. Płuca nie chcą ze mną współpracować, leżę wtulona w poduszkę, a łzy frywolnie spływają mi po policzku. Był pierwszy wynik – chyba dodatni, nie wiem, bo lekarze nic nie mówią, a ja nie mam sił nawet zapytać. Nie potrafię sama wstać z łóżka, jestem na wpół warzywem, załatwiam się do baseniku, na noc z kolei dostaję pampersa. Jestem w tym wszystkim sama, daleko od rodziny. Wykonano drugi test na HIV, odczuwam niepokój, bo pielęgniarki zaczynają się dziwnie zachowywać, omijają mnie, jak tylko mogą. W myślach żegnam się z bliskimi i przepraszam ich za wszystko.

30 grudnia 2013 roku – wyrok zapadł, dostaję wynik na HIV – dodatni. Lekarz pyta mnie czy mam możliwość załatwienia sobie opieki specjalistycznej. Resztkami sił uruchamiam kontakty do znajomych, którzy leczą się w Łodzi, zaś siostra mojego męża porusza niebo i ziemię, aby znaleźć mi miejsce w Warszawie.

Karuzela pędzi…

Leniwie mijały kolejne godziny, które dla mnie trwały całą wieczność. Dostałam dobrą informację – jest miejsce w szpitalu w stolicy.

31 grudnia – transportują mnie z Kielc do Warszawy. Czuję, że umieram, że czas pożegnać się ze światem. Ktoś po mnie przychodzi, zabierają mnie. Leżę na noszach i pędzę korytarzem, spoglądając w sufit. Nad moją głową przelatują oślepiające jarzeniówki, słyszę rozmowy, ale nie potrafię poskładać słów; każdy odgłos docierający do moich uszu to kakofonia szumów. Nie walczę, bo nie ma to sensu, ale wciąż się uśmiecham. Maska tlenowa daje mi drobną ulgę – jest to pocieszające. Zdaję sobie sprawę z tego, że brzmi to groteskowo, bo jak można odczuwać radość w momencie, w którym się umiera? Poza tym dowiedziałam się, że mam HIV. I co z tego? W końcu wiedziałam na czym stoję… nie przestałam wierzyć – CHCIAŁAM ŻYĆ.

C

31 grudnia – transportują mnie z Kielc do Warszawy. Czuję, że umieram, że czas pożegnać się ze światem. Ktoś po mnie przychodzi, zabierają mnie. Leżę na noszach i pędzę korytarzem, spoglądając w sufit. Nad moją głową przelatują oślepiające jarzeniówki, słyszę rozmowy, ale nie potrafię poskładać słów; każdy odgłos docierający do moich uszu to kakofonia szumów. Nie walczę, bo nie ma to sensu, ale wciąż się uśmiecham. Maska tlenowa daje mi drobną ulgę – jest to pocieszające. Zdaję sobie sprawę z tego, że brzmi to groteskowo, bo jak można odczuwać radość w momencie, w którym się umiera? Poza tym dowiedziałam się, że mam HIV. I co z tego? W końcu wiedziałam na czym stoję… nie przestałam wierzyć – CHCIAŁAM ŻYĆ.

Umarłam... Żeby się narodzić.

I wiecie co? To był ten moment, w którym pogodziłam się z diagnozą. Szybko? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – niewiele zostało do stracenia, zaś mnóstwo do wygrania, a ja płynęłam już Styksem w towarzystwie ponurego Charona, wypatrując w mrokach Hadesu czegoś bliżej nieokreślonego. Na końcu tej trasy w całej swej okazałości zaczął obnażać się przede mną Cerber, powitałam go z sympatią. Jedną nogą stąpałam już po Polach Elizejskich, gdy nagle zamarłam w przerażeniu. Nie chciałam być drugą Eurydyką, nie mogłam zaprzepaścić mojej szansy, by powrócić do świata żywych.

Dopływ tlenu z aparatury sprawia, że duszności nie są tak uciążliwe. W trakcie podróży do Warszawy mam sporo czasu, żeby ułożyć te wszystkie puzzle w mojej głowie. Myślałam sobie wtedy: „jest nadzieja, przecież znasz osoby, które mają HIV i żyją”. Cieszyłam się, że zobaczę nareszcie moje dzieci, że nie będę sama. Ludzka pamięć lubi płatać figle; z wiekiem pewne wspomnienia zacierają się lub zniekształcają, jednak te wydarzenia widzę wciąż bardzo wyraźnie. W chwili otrzymania diagnozy opuściły mnie wszystkie lęki, przestałam się bać. Nie wiem jak to możliwe, ale miałam tę pewność, że wyjdę z tego, że naprawdę będzie dobrze. Opracowałam plan – przeżyć, wrócić do rodziny i wykorzystać drugą szansę.

Jest Sylwester – przebywam w izolatce, karmiona kroplówkami… Światło jest uosobieniem nowego życia, nowego początku. Leżąc w warszawskim szpitalu, spoglądam w niebo, które pomimo mroku nocy jest rozświetlone, mieni się kolorami tęczy. Słyszę głośne huki fajerwerków odpalanych sprzed Pałacu Kultury i Nauki, a zaraz po nich widzę blask – jasną łunę. Jest Nowy Rok. To będzie mój rok – pomyślałam – co się wydarzy? Co on mi przyniesie? Moje serce nie znało już trwogi.

C

Spędziłam w Warszawie kilka tygodni. Już nie sama, lecz z moją diagnozą i garścią leków. Bez maski z tlenem czuję się jak ryba wyciągnięta z wody, ale się nie poddaję – wiem, że będzie dobrze. Musiałam uczyć się wielu rzeczy na nowo. Początkowo potrafiłam tylko usiąść, po kilku kolejnych dniach wstałam i zdołałam dojść do toalety. W końcu rozpoczęłam naukę chodzenia niczym rosnący bobas. Zobaczyłam moje dzieci – miłość i radość znów płynęły w moich żyłach. Wiedziałam, że niebawem będziemy razem, jak gdyby nic się nie wydarzyło. To był koniec nieszczęść, usiadłam i powiedziałam sobie jeszcze raz, tylko bardziej dosadnie: „będę żyła!”. Wdrożono terapię ARV – zaczynałam powoli stawać na nogi. Moje pierwsze wskaźniki? Wiremia wystrzelona w kosmos, zaś CD4 na granicy osiemdziesięciu kilku. Teraz wiem, że naprawdę stąpałam wtedy po Polach Elizejskich. Może też nie do końca zdawałam sobie sprawę, co te skróty i liczby oznaczają – było to jednak mało istotne. Widziałam dużą poprawę i to się liczyło. Początkowo przez jakieś dwa tygodnie otrzymywałam 3 tabletki terapii ARV dziennie, z kolei w mojej życiodajnej kroplóce płynął Biseptol, który był wspomagaczem w procesie dochodzenia do siebie. Musiałam poinformować bliskich o zakażeniu. Moje dzieci przyjęły to względnie normalnie. W sumie nawet bardzo dobrze – już w fazie badań napomknęłam im, że istnieje prawdopodobieństwo wyniku dodatniego. Chyba nie miało to znaczenia. Otrzymałam od nich ogromne wsparcie. Nie powiedziałam jedynie teściowej i ojcu – nowotwór silnie go zjadał, nie chciałam dodawać mu zmartwień – wersja specjalna dla nich: bakteryjna infekcja płuc. Pomimo radości wynikającej z polepszania się mojego stanu zdrowia, serce zatruwała okropna obawa przed najtrudniejszą rozmową.

W jakiś czas po śmierci męża poznałam mężczyznę, z którym spotykałam się około dwa lata – na kilka miesięcy przed tą całą kraksą rozstaliśmy się. Cholernie bałam się do niego zadzwonić i mu to wszystko opowiedzieć, nie wiedziałam jak. Podczas naszego związku przyjmowałam tabletki antykoncepcyjne, więc nie czułam potrzeby używania prezerwatyw, jako dodatkowego zabezpieczenia. Wtedy nie do końca kłopotałam się kwestiami chorób przenoszonych drogą płciową. Przecież byłam zdrowa, on też był w dobrej formie. Niestety w dzisiejszych czasach funkcję prezerwatyw spłaszcza się do jednego zadania – niech chroni przed ciążą. Świadomość poważniejszych konsekwencji jest albo wypierana albo po prostu pomijana przez sporą masę społeczeństwa.

Biłam się z myślami, jak zacząć rozmowę, podejmowałam wiele prób, lecz nasze telefony ograniczały się do mdłych small talków o rzeczach mało konkretnych. Wiedziałam jednak, że tu chodzi o jego życie i przyszłość, a mój strach powinnam schować głęboko w kieszeń. Nadszedł ten dzień.

Chciałabym, żebyś przebadał się na HIV – mówiąc to, czułam że serce podeszło mi do gardła.

Nie rozumiem dlaczego miałbym to zrobić – był szczerze zaskoczony, a ja sparaliżowana strachem.

Mam HIV, nie używaliśmy zabezpieczenia, też możesz mieć, przebadaj się – wyjąkałam.

Nie… to niemożliwe… – odparł.

Proszę cię, zrób to dla mnie i dla siebie – błagałam.

Nie ma takiej potrzeby, mam się dobrze, jestem zdrowy i nic mi nie jest – skwitował, urywając tę niezręczną rozmowę.

Proszę cię tylko, żebyś się zabezpieczał – czułam, że w tym momencie mnie znienawidzi za to, co mu zrobiłam.

Dwa miesiące później udało mi się namówić go na zrobienie badań – wynik dodatni. Czego mogłam się spodziewać, prawda? Ale nie oszukujmy się – mimo, że coś wydaje się być przesądzone, gdzieś głęboko ukryta, tli się nadzieja. Mój były partner mnie nie znienawidził; podobnie jak ja podjął leczenie. Wciąż mamy kontakt, wspieramy się w tej całej beznadziei, dzielimy się naszymi rozterkami życiowymi, problemami i obawami: przed wykluczeniem, jak sobie dalej poradzimy, czy znajdziemy drugą połówkę. W większości przypadków na trzeciej lub czwartej randce, kiedy mówię facetowi, że mam HIV, ale jestem niewykrywalna, ucieka i zrywa kontakt, nie zdając sobie sprawy z tego, że w rzeczywistości jestem najbezpieczniejszą partnerką seksualną. W ramach terapii regularnie poddaję się badaniom na infekcje przenoszone drogą płciową. Jestem bardziej świadoma zagrożeń i odruchowo biorę odpowiedzialność za zdrowie nas obojga. Cóż – poziom wiedzy w tym zakresie jest wciąż bardzo mały w naszym kraju. Niestety jedynie 5 % osób dorosłych choć raz w swoim życiu wykonało testy na HIV czy STI, dlatego szersze spektrum odnośnie do tej tematyki mają osoby seropozytywne. Nie dołuję się jednak, kroczę dalej.

C

Mijają kolejne tygodnie, a ja wracam do zdrowia – dobrze zareagowałam na leki. Póki co łykam 3 tabletki terapi ARV dziennie, ale wiem, że będzie ich coraz mniej. Skutek uboczny? Jedyny i niezaprzeczalny: coraz większa chęć do życia, do narodzenia się na nowo. Po raz kolejny podnoszę się z upadku, otrzepuję osiadły na mnie pył i dumnie idę przed siebie. Postanowiłam nie planować, nie tworzyć żadnego scenariusza czy wizji lepszej przyszłości. Biorę to, co dostaję, nie rozmyślając zanadto, bo jestem gotowa na wszystko i nie szokuje mnie już przewrotność, z którą dane jest mi się zmierzyć.

C

Jest kwiecień roku 2014. Liczba CD4 przekracza 200 – wraca życie.

C

Silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej staję do walki z kolejnym demonem strachu – naszedł dzień rozliczenia – wraz z Papą jedziemy sprawdzić jego wyniki.

Leczenie nie jest skuteczne, nie ma żadnej poprawy – kolejny cios, ale przecież wiedziałam od początku, że tak się może wydarzyć.

Spróbujemy jednak kontynuować terapię – mój ojciec puścił to zdanie mimo uszu. W jego głowę wryło się hasło: „nie ma żadnej poprawy”. Tata kapitulował, niedługo potem przeniósł się na łono Abrahama. Pamiętam ten okres, gdy doglądałam go w szpitalu. Czuł, że odchodzi. Prosił mnie, bym trzymała go za rękę, pragnął przytulenia. Żałoba po stracie bliskiej osoby zawsze jest trudna. Wiedziałam, że nie przeżyję już tych pięknych chwil, nie powtórzą się więcej nasze rozmowy, ale wiecie co? Od jego diagnozy towarzyszyła mi pewność, że wkrótce się z nim pożegnam. Byłam niejako gotowa na ten dzień. Gdy patrzyłam na mojego ojca, wydającego z siebie ostatni oddech, poczułam pewnego rodzaju ulgę. Przynajmniej już nie cierpiał, a ja prędzej czy później miałam poradzić sobie z jego śmiercią. Głęboko wierzyłam, że zazna spokoju po drugiej stronie, gdzie nie ma zmartwień, bólu i całej tej przykrej rzeczywistości. Puszka Pandory zostaje zamknięta.

C

Aleksander skończył osiemnasty rok życia, matura za pasem, wkrótce wyjedzie na studia, a co za tym idzie, zostanę sama w tej zapyziałej mieścinie bez perspektyw. Przez te wszystkie lata trosk i zawirowań nauczyłam się, że trzeba mieć oczy szeroko otwarte i gdy nadarzy się okazja, należy ją wykorzystać, bo może się już nigdy nie powtórzyć. Byłam sama, wielu moich bliskich mnie opuściło albo odeszło z tego świata. W rzeczywistości byłam wyzwolona, mogłam pobiec przed siebie, by zdziałać cuda – czułam, że złapałam Pana Boga za nogi. Zdecydowałam się odmienić swoje życie, stawiając grubą kreskę pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Postanowiłam zakręcić kołem fortuny.

Zaczęłam aplikować do różnych firm w każdym możliwym regionie Polski, bez żadnego planu – ot tak. To wszystko, co się potem wydarzyło, było kwestią kilku tygodni. Pierwszy telefon – zaprosili mnie na rozmowę kwalifikacyjną (w drugiej połowie maja roku 2014). Pod koniec miesiąca dostałam informację zwrotną: „ Pani Mario, chcemy Panią zatrudnić od czerwca”. Nie posiadałam się z radości, czułam się jak szalona nastolatka, chwyciłam byka za rogi. Tak oto przeprowadziłam się z Polski centralnej do Wrocławia. Pokochałam to miasto bezgranicznie: za otwartość i uśmiechy ludzi, których spotykam oraz za to, że nigdy nie zasypia.

Myślę, że odnalazłam tutaj swój Eden. Zostawiłam to, co złe daleko w tyle i nie zamierzam oglądać się za siebie, ani tym bardziej wracać. Wszyscy ci, którzy odeszli, zajmują ważne miejsce w moim sercu. Bez nich nie znalazłabym się tutaj, gdzie obecnie jestem. Czy zmieniłabym cokolwiek w moim życiu? Z niezaprzeczalną pewnością mówię: „nie”. Teraz to ja rozdaję karty, jestem szczęśliwa i doceniam to, co mam.

C

Przechodząc już do sedna mojej historii, mogę stanowczo przyznać, że to przeznaczenie lub Siła Wyższa piszą kolejne rozdziały naszego życia. Od nas zależy czy dopasujemy się do fabuły, a co za tym idzie – ile tych rozdziałów przeżyjemy; ja postanowiłam być bohaterką następnych, dlatego chwyciłam miecz, weszłam na arenę i stanęłam do walki – zwyciężyłam.

C

Minęło pięć i pół roku od tych wydarzeń, o HIV zapomniałam. Jedyna rutyna, o której zapomnieć nie mogę to łykanie zaledwie jednej tabletki dziennie – ot tak – przy porannym śniadaniu. Tak, jak ludzie suplementują się, aby czuć się lepiej, tak i ja mam swój dożywotni rytułał, który trzyma moje zdrowie w ryzach. Mam się doskonale. Od pięciu lat moja wiremia jest niewykrywalna, a stan zdrowia lepszy niż u niejednego człowieka, który nie jest seropozytywny. Jestem dozgonnie wdzięczna wszystkim, którzy mi pomogli, a w szczególności lekarzom z Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie, Pani Doktor Suchacz – to ona postawiła mnie na nogi – oraz tym, którzy dbają o mnie teraz – dr n. med. Jacek Gąsiorowski.

Testujcie się, bo warto żyć.

Dziękuję, że to HIV, a nie rak.

- ja żyję,mój tata nie.