HIV

a

Miłość, zdrada,

odrodzenie.

Moje ślepe szczęście.

Myślę, że każdy miał kiedyś taki sen, w którym spada w przepaść ze świadomością, że zaraz zginie, że za chwilę stanie się coś strasznego, na co nie ma zupełnie wpływu. W sekundę przed upadkiem, budzi się zlany zimnym potem, ledwie łapiąc oddech.

Jakub

Ekspert przez Doświadczenie (HIV)

Ambasador mężczyzn żyjących z HIV (MSM)

/ Fundacja NADOBRZE

 Ja się tak czułem, ale w prawdziwym życiu, z jedną różnicą – ja się już nie obudzę z koszmaru, bo ten koszmar zaczął się 16 grudnia 2019 roku, gdy dowiedziałem się, że mam HIV.

U schyłku zeszłego roku moją jamę ustną zalały białe plamy. Było to w jesiennym okresie, gdzie infekcje są na porządku dziennym. Poszedłem do lekarza po jakieś tabletki czy inny specyfik. Lekarz przeprowadził ze mną standardowy wywiad, obejrzał gardło i powiedział, że zleci badania na HIV. Wyśmiałem go bezczelnie, mówiąc: „nie mam HIV, ostatnio byłem w stałym związku, proszę mi przepisać jakieś leki na gardło i ja już pójdę”. Tak też zrobił, zalecił jednak wymaz z gardła w kierunku paciorkowca i grzybicy. 

Kilka dni, były wyniki – jest paciorkowiec. Poczułem ulgę, że wiem, co to jest. Na wyniki grzybicy trzeba było poczekać. Zalecono mi jednak ponowną wizytę u lekarza. Poszedłem, ponieważ leki, które zostały mi przepisane, nie działały. Kolejna wizyta – lekarka ogląda gardło – z niezaprzeczalną pewnością mówi, że to grzyb i mimo braku wyników, ona już mi przepisze lek w kierunku leczenia grzyba, po czym stwierdza: „chciałabym, żeby wykonał Pan testy w kierunku HIV”. Poziom mojej irytacji był ogromny, ale stwierdziłem: „okej, niech Pani pisze te testy, będę miał w końcu spokój”. Mija kolejnych kilka dni, są wyniki na grzybicę – jest grzyb, a ponadto leki działają, biały nalot znika – jestem cały w skowronkach. O teście na HIV zapomniałem, że go wykonywałem.

C

Jest 16 grudnia godzina 13:59 (normalnie nie mam pamięci do cyfr, tę datę jednak pamiętam doskonale) – dzwoni jakiś nieznany numer, odrzucam połączenie, bo jestem w pracy, dzwoni kolejny raz – odrzucam, godzina 14:00 – trzeci telefon, zirytowany odbieram połączenie:

Dzień dobry, wykonywał Pan u nas ostatnio te poufne badania – mówi enigmatycznie kobieta po drugiej stronie.

No tak, ale już jest okej, miałem grzybicę, leki działają, wszystko dobrze.

Tak, ale są wyniki tych wie Pan, BADAŃ POUFNYCH.

No dobrze, ale co to ma do rzeczy, nie rozumiem – poczułem, że krew napływa mi do twarzy.

– Są wyniki, musi Pan dzisiaj przyjść do przychodni, musi Pan porozmawiać z lekarzem – mówi smutnym głosem kobieta.

– Jak to? Wynik jest pozytywny? To musi być błąd! To niemożliwe, musicie powtórzyć badania. Niech Pani powie, że jest duży margines błędu – zacząłem krzyczeć.

– Przykro mi, nie mogę udzielić więcej informacji. Proszę być u nas o 16:00, lekarz będzie na Pana czekał – rozmowa się urwała.

Otępiały siedziałem zamknięty w toalecie. Nawet nie potrafię powiedzieć ile myśli przebiegło wówczas przez moją głową. Zacząłem się dusić, łzy napłynęły mi do oczu – pamiętam, że zacząłem skomleć, jak zbity pies, byłem bliski zwymiotowania. Po chwili się uspokoiłem, musiałem wrócić do biura, bo byłem przecież wciąż w pracy, szedłem jak pijany. Znacie to uczucie, jakbyście stali obok siebie? Słyszycie dźwięki z opóźnieniem tak, jakbyście byli zanurzeni w wodzie, a ktoś do was woła.

Wszedłem do biura – musiałem wyglądać okropnie. W środku były na szczęście tylko dwie moje dobre koleżanki. Chwyciłem się biurka, żeby nie upaść i wypaliłem zduszonym głosem – mam HIV – Dziewczyny mnie przytuliły, zaczęły uspokajać, racjonalnie tłumaczyć, że damy radę, że ogarniemy to, że trzeba iść do lekarza.

C

Była 15:50, wybiegłem z biura, mdłości nie ustępowały. Dotarłem do przychodni. Przyjęła mnie Pani Laryngolog. Dostałem wynik, spojrzałem na kartkę – było napisane POZYTYWNY. Zacząłem zachowywać się jak wariat, znów łzy w oczach, jęki, lamentowanie, śmiech, zadałem milion pytań. Lekarka była bardziej przerażona ode mnie, jakby bała się, że zaraz wyskoczę przez okno. Zapytałem o możliwość błędu, odpowiedziała: „no… tak, no jest może taka możliwość, proszę powtórzyć badania, ja się tak nie znam na tym, musi pan iść do lekarza zakaźnika”. Rzuciłem kurtuazyjne: „dziękuję” i wyszedłem, powłócząc nogami – wtedy wiedziałem – moje życie się właśnie skończyło, nie ma odwrotu.

C

Usiadłem na kanapie, przeszukując Internet – jaki to lekarz zakaźnik? Ile mu się płaci? Kiedy mnie przyjmie? Zapomniałem zupełnie o tym, że mogę iść bezpłatnie na Podwale 7 – przecież badałem się tam wcześniej wielokrotnie. Cóż… to nie był czas, żebym myślał logicznie.

Umówiłem się do „zakaźnika” w tej samej przychodni, wizyta za kilka dni. Nie była ona przyjemna, nie pamiętam jej też za dobrze, bo trafiłem na lekarza, który niekoniecznie znał pojęcie „empatia”.

Czy jest jakaś szansa na…? – nawet nie dokończyłem.

Nie ma, ma Pan HIV, to nieodwracalne – rzucił sucho.

Ale co dalej? Jak to możliwe? Mój partner był zdrowy.

No chyba nie był, to normalne w stosunkach męsko męskich (rzucił jakimś innym pojęciem, którego nie zrozumiałem), to pojęcie będzie Pan teraz dość często słyszał. Przepiszę Panu kilka innych badań i potem będziemy rozmawiali o leczeniu.

Wyszedłem stamtąd przybity, ze świadomością, że jedyne co mi pozostało, to się zabić.

C

Okres kolejnych kilku tygodni nie zapisał się w mojej głowie zbyt klarownie. Włączyłem w sobie tryb robota, wykonując machinalnie każdą czynność; pamiętam, że zacząłem uciekać w gry komputerowe i alkohol, co było wielkim paradoksem, bo nie jestem fanem picia ze względu na fakt, że moi rodzice są alkoholikami.

Wykonałem badania, pozostało czekać. Oprzytomniałem, zdając sobie sprawę, że przecież istnieje coś takiego, jak Podwale 7 i tam mogę się udać. Zrobiłem to niemal natychmiast.

Pani w rejestracji telefonicznej powiedziała, że zapisze mnie do Szeteli – było mi wszystko jedno – niech mi tylko powie, ile mi zostało i tyle. Niefortunnie całość procedur przypadła na okres świąteczno-sylwestrowy, więc grafiki były napięte.

Poszedłem na umówioną wizytę z żołądkiem wywróconym do góry nogami i skręconymi jelitami. Przywitałem się z przeuroczą kobietą w okienku rejestracji, która życzliwie wytłumaczyła mi co i jak, i zaprosiła mnie do gabinetu doktora „korytarzem prosto, a potem w lewo” i wręczyła mi pakiet jakichś papierów.

Rzuciłem je z powrotem na jej biurko i mam wrażenie, że niemal krzyknąłem: „zaraz, muszę iść zapalić”. Uśmiechnęła się ciepło i powiedziała, że zaczeka.

C

Jak wspominam pierwszą wizytę? Doktor Szetela mnie oczarował, od momentu przywitania się, poczułem ciepło bijące od tego lekarza, poświęcenie, empatię, chęć pomocy i szczerość.

Powiedział, żebym zapoznał się z taką postacią, jak Tomek Siara, mówił coś o Niewykrywalnych, potem o jakimś programie Buddy Polska. Zacząłem mieć mętlik, za dużo informacji. Ja próbowałem go zmanipulować, pytając o opcje eutanazji, a on mi mówi o dobrym życiu, o szczęśliwym życiu, o życiu w zdrowiu… Chyba wariat – pomyślałem.

Wariatem (przynajmniej przez jakiś czas) byłem ja. 1:0 dla Doktora Szeteli

C

Nastąpił okres czekania, czytania, szukania. Całe dnie spędzałem w łóżku, z browarem, nie jadłem, grałem w gry i szukałem informacji o HIV w Internecie. Począwszy od przejrzenia stron w każdym znanym mi języku obcym, gdzie piszą cokolwiek o błędzie laboratoryjnym – szukałem nadziei. Potem dotarłem do artykułów, gdzie opisywano ludzi, którzy umierają w cierpieniu, wyrzuceni na bruk przez rodziny, stają się bezdomnymi, bo nie stać ich na leki, które kosztują wiele tysięcy za kurację miesięczną, rozważałem opcję samobójstwa.

C

Co było najgorsze w tym początkowym okresie? Wyjście z domu i kontakt z ludźmi. Przez kilka tygodni od diagnozy miałem wciąż nieodparte wrażenie, że każdy w tramwaju się na mnie patrzy, byłem przekonany, że oni wiedzą o mnie, jakbym miał to wypisane na czole. W sklepie bałem się dotykać czegokolwiek, pomimo wiedzy, jaką drogą przenosi się HIV – cóż, psychika ludzka jest dziwna. Kiedy przyjaciółka chciała wziąć ode mnie „bucha” papierosa, obruszyłem się, że jest niepoważna, bo przecież ja jestem zarażony.

Czułem, że straciłem wszystko – ot tak – w jednym paskudnym momencie. Miałem wielkie marzenia , plany, ambicje, w pracy piąłem się coraz wyżej – wszystko to zniknęło, pękło jak bańka mydlana. Zyskałem pewność, że nie będę miał już nigdy partnera, kochającej rodziny (a jest to rzecz, której zawsze pragnąłem). W tym miejscu chciałbym wrzucić fragment notatki z mojego pamiętnika:

„Mam mdłości… Czuję się potwornie. Czuję, że zgubiłem gdzieś ważną część siebie. Upadłem i nie potrafię się podnieść. Ciągnę każdy dzień, jakby to coś miało przynieść, niosąc ze sobą resztę nadziei lub złudzenie, że cokolwiek z niej pozostało. Tak, mam wokół siebie kilkoro dobrych ludzi i wiem, że zależy im na mnie, na moim zdrowiu, na moim życiu; problem w tym, że mnie już nie zależy.

C

I tak, miałem wiele marzeń, ambicji, które wydają się być po prostu nieosiągalne. Na drodze do tego stoi moja choroba. Tak, wiem, że z tym da się żyć, wiem, że nikt nie musi o tym wiedzieć , ale to, na czym mi zawsze zależało, wydaje się być najbardziej niemożliwe. Zawsze marzyłem o rodzinie, o pełnej akceptacji, pomimo moich wielu wad. Pragnąłem odnaleźć moją bratnią duszę.

Kogoś, kto naprawdę mnie zapragnie – z całym tym bagażem, który noszę w sobie. Myślę jednak, że ten cały pakunek jest już przeładowany… Ile czasu potrzeba, żebym się z tym pogodził? Rok, dwa, nigdy…? Jak miałbym spojrzeć komuś w oczy i powiedzieć: „Mam HIV, ale…”. Ale, właśnie co…? Ale potrafię kochać? Ale potrafię oddać się całego? Ale zasługuję na to? Pamiętam czas, kiedy sam gardziłem takimi ludźmi, odpychając ich, jak kogoś zupełnie bezwartościowego, nie znając ich historii, nie widziałem w nich ludzi, widziałem w nich chorobę, która – wiem to teraz – nie zmienia nic, a przynajmniej nie powinna. Nie wiem, czy będę miał tyle odwagi, żeby nawet spróbować. Boję się, że odmowa może być dla mnie za bardzo upokarzająca. Może naprawdę nie zasługuję na to, o czym zawsze marzyłem. Może po prostu marzenia nie mogą być spełniane, bo wtedy straciłyby sens.

Ale ile można mieć sił na marzenia? Jeśli ograniczę je do spraw bardziej osiągalnych, to czy wtedy będą to prawdziwe marzenia, czy nie będzie to zwykłe złudzenie? Tak, jak całe moje życie. Jestem na krawędzi. Nie chcę się już zabić, ale nie chcę też tego życia i nie ma możliwości, żebym je zmienił…”

Brzmi depresyjnie, prawda?

Ale to w większości przeszłość. Potem było już tylko lepiej. Począwszy od tego, że otrzymałem moje pierwsze wyniki po 3 miesiącach terapii ARV – wynik – niewykrywalny, wszystkie wskaźniki w normie (śmiałem się i płakałem z radości przynajmniej pół godziny). W końcu również zapoznałem się z historią Tomka Siary, czytałem kilka wywiadów, prześledziłem całą jego stronę internetową oraz profil na FB. Uświadomiłem sobie, że nie jestem sam, że są ludzie, którzy zmagają się z tym samym problemem, którzy prowadzą normalne życie.

C

Wysłałem zgłoszenie do programu Buddy Polska, który ma na celu dobranie w pary dwóch mężczyzn (jeden, który żyje z wirusem, a jest niewykrywalny z tym, który stosunkowo niedawno otrzymał diagnozę). Był to kolejny krok ku lepszemu. Mój Buddy był dla mnie OBJAWIENIEM. Pamiętam, że po chwili rozmowy z nim, zapytałem: „dlaczego ty jesteś radosny, czemu się śmiejesz, dlaczego nie nosisz w sobie lęku?”. Opowiedzieliśmy sobie nawzajem swoje historie; po pierwszym spotkaniu byłem wręcz osłupiały, nie mogłem wyjść z zachwytu, że mój Buddy to normalny facet, który żyje, który ma się dobrze i który jest szczęśliwy, tylko po prostu miał kiedyś pecha, podobnie jak ja i wielu innych.

Buddy był moim mentorem, cieniem – gdy miałem jakąś wątpliwość, bądź chwilę załamania, mogłem do niego napisać, to było cudowne, że jest ktoś, kto mentalnie chwyci cię za rękę i przeprowadzi przez ten ciemny las.

Nie mogę również umniejszać moim przyjaciołom, którzy od początku byli przy mnie, akceptowali momenty, gdy chciałem być samym, ale kiedy potrzebowałem ich obecności, po prostu byli, gdy godzinami płakałem, przytulali mnie i to wystarczało. Żadna z osób, które się dowiedziały, nie odtrąciła mnie, wręcz przeciwnie… to, co się wydarzyło zweryfikowało wszystko, pokazało, że naprawdę otoczyłem się cudownymi ludźmi. I wiecie co? To samo podejście mam teraz do mojego przyszłego potencjalnego związku. Mam świadomość, że mogę zostać odrzucony, wyśmiany lub nawet ktoś mną pogardzi, ale żyję w przekonaniu, że osoba, która przyjmie informację o HIV poprawnie, to będzie mądra osoba, z którą warto będzie zbudować relację.

C

Obecnie mam się świetnie, jestem tak samo radosny i pozytywnie szurnięty jak przed diagnozą – moi bliscy sami przyznali, że nie spodziewali się, że tak będzie. Jestem na etapie dokształcania się z wiedzy o chorobach zakaźnych i wenerycznych; podjąłem też taką wewnętrzną misję, żeby uświadamiać ludzi i dokształcać w tej tematyce (okazało się, że wiedza na ten temat jest wciąż bardzo mała w naszym kraju). Mój przyjaciel z kolei, poruszony tym, co mi się przydarzyło, wziął udział w programie STIPnet – STIPnet to trwający do lipca 2020 roku program bezpłatnych badań na obecność wirusa HIV, wirusa zapalenia wątroby typu A (HAV), B (HBV) i C (HCV) oraz badania w kierunku kiły, a także innych chorób przenoszonych drogą płciową.

Na koniec chciałbym wrócić jeszcze do początków diagnozy, żeby może w jakiś sposób obalić stereotyp, że HIV, to przypadłość „puszczalskich”. Miałem pewność, że nie mogę być zakażony. Mieszkam we Wrocławiu już jakieś 7 lat i zawsze regularnie się badałem, poza tym mój chłopak był zdrowy, wiedziałem to, bo gdy decyduję się na seks bez zabezpieczenia, muszę mieć dowód na to, że ktoś jest zdrowy. W naszym związku pojawiły się zgrzyty, zrobiliśmy sobie krótką przerwę na „złapanie oddechu”. W niedługi czas później, spróbowaliśmy zejść się jeszcze raz – wiecie – seks na zgodę i te sprawy. Byliśmy znów razem. Niestety nie zostałem poinformowany o tym, że w tej naszej krótkiej przerwie związkowej, mój były miał przygodny seks bez zabezpieczenia – ja w sumie też nie zapytałem – i ot taka historia.

Rozstaliśmy się tak czy inaczej, raczej w niedobrej atmosferze, natomiast po otrzymaniu diagnozy, gdy sam zebrałem się względnie do kupy, zadzwoniłem do niego, żeby z nim porozmawiać. Wiedziałem, że on jest jedyną opcją, gdzie mogłem się zarazić i mimo negatywnych odczuć w stosunku do niego, czułem się zobowiązany poinformować go o fakcie zakażenia i poprosić, żeby sam się zbadał. Będąc jeszcze samemu w rozsypce, towarzyszyłem mu w wizytach w przychodni, do momentu jego diagnozy – POZYTYWNY. Nie mamy kontaktu, ale wiem, że podjął leczenie.

Myślę, że wykonałem swoje zadanie.

C

Pół roku temu nie wybiegałem z planami dalej niż o jeden dzień wprzód, nie śmiałem się, nie chciałem widzieć ludzi, nie chciałem żyć. Doktor Szetela, mój Buddy, Tomek Siara, moi przyjaciele, ale trochę też moje wewnętrzne autosugestie podniosły mnie na nogi. Znów mam mnóstwo planów, marzeń, ambicji, które zacząłem realizować, nie czekam na śmierć – łykam jedną tabletkę dziennie, wraz ze śniadaniem i idę działać cuda. Nabieram coraz większego dystansu, żartując sobie z wirusa, mówiąc na przykład: „jestem taki cały POZYTYWNY!”, albo zapytany przez przyjaciółkę o to, czy lubię Freddiego Mercurego stwierdziłem, że jak najbardziej, bo mamy wiele cech wspólnych: oboje przystojni, dobrze śpiewający no i kilka innych POZYTYWNYCH aspektów.

I wiecie co? To był ten moment, w którym pogodziłam się z diagnozą. Szybko? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – niewiele zostało do stracenia, zaś mnóstwo do wygrania, a ja płynęłam już Styksem w towarzystwie ponurego Charona, wypatrując w mrokach Hadesu czegoś bliżej nieokreślonego. Na końcu tej trasy w całej swej okazałości zaczął obnażać się przede mną Cerber, powitałam go z sympatią. Jedną nogą stąpałam już po Polach Elizejskich, gdy nagle zamarłam w przerażeniu. Nie chciałam być drugą Eurydyką, nie mogłam zaprzepaścić mojej szansy, by powrócić do świata żywych.

Wiem, że jeszcze długa droga przede mną. Jestem pewien, że mogę jeszcze nieraz się zdołować, zasmucić – to normalne. Ale wiem też, co robić w takich sytuacjach, a co najważniejsze – mam ludzi, którzy są obok, z którymi mogę porozmawiać, zarówno przyjaciele, jak i ci – DODATNI – którzy doskonale mnie rozumieją, bo czują to samo.

HIV to nie wyrok – był to dla mnie zwykły frazes (dawniej). Obecnie sam to mówię – HIV to nie wyrok. Zmienia człowieka – bez dwóch zdań, ale widzę – że tak powiem – PLUSY zakażenia. Zweryfikowałem swoje relacje, doceniłem życie, na Podwalu 7 spotkałem wielu wspaniałym i ciepłych ludzi, a co najważniejsze – zwolniłem, zacząłem dostrzegać piękno w drobnych sprawach i nie przejmować się aż nadto głupotami.

HIV mnie zmienił – z pewnością.

Zmienił mnie na PLUS.

POTRZEBUJESZ POMOCY LUB WSPARCIA?

Jesteśmy Tu

Potrzebujesz porady lub pomocy w kwestiach związanych z HIV
i/lub innymi infekcjami przenoszonymi drogą płciową?

Znalazłeś się w w ciężkiej sytuacji związanej z życiem z HIV i potrzebujesz wsparcia lub pomocy specjalistów?

×

Nie czekaj. Pomożemy znaleźć rozwiązania na Twoje problemy.

Skontaktuj się z nami.

PRZETESTUJ SIĘ

Wystarczy jeden krok.

Wykonaj anonimowo test na HIV i inne infekcje przenoszone drogą płciową. Zakończ okres strachu w swoim życiu z powodu braku wiedzy o swoim statusie serologicznym i powróć do normalnego życia.

NAPISZ DO NAS

Masz pytania lub chcesz rozwiać swoje wątpliwości? Skorzystaj z formularza poniżej.

TELEFON ZAUFANIA HIV/AIDS

Jeśli masz pytania, wątpliwości lub obawy związane z zakażeniem HIV i z AIDS, zapraszamy do skorzystania z Telefonu Zaufania HIV/AIDS.  

801 888 448*
22 692 82 26  

Konsultanci czekają na pytania w godzinach 9.00-21.00 od poniedziałku do piątku – z wyłączeniem dni ustawowo wolnych od pracy.

* połączenie płatne tylko za pierwszą minutę

* numer tel. kom. podaj tylko jeżeli potrzebujesz szybkiego kontaktu zwrotnego z naszej strony.